Czego nie wolno zapomnieć o Stanisławie?
Życie Stanisława było promienne; bił od niego blask. Nie da się pojąć siły tego blasku zapominając, że Stanisław niemal bez przerwy był doświadczany cierpieniami i bólem, których różnorodność, nasilenie, uporczywość i długotrwałość trudno byłoby nam choćby dokładniej sobie wyobrazić, a co dopiero dobrze przeżyć. Blask ten bowiem nie polegał wcale na tym, że doświadczeń takich udawało się uniknąć bądź o nich zapomnieć. Okazywał się on właśnie w doświadczeniach, jak blask szczerego złota, które przecież próbuje się w ogniu. (Stąd w Księdze Mądrości czytamy o sprawiedliwych: Bóg ich bowiem doświadczył i znalazł ich godnymi siebie. Doświadczył ich jak złoto w tyglu i przyjął jak całopalną ofiarę (Mdr 3,5-6)). Życie Stanisława potwierdza, że doświadczenie cierpienia i bólu, przy całej jego druzgocącej powadze, nie jest po prostu przeszkodą w dobrym życiu i w rozmaitych rozsądnych planach i zadaniach. Jest raczej samo wielkim życiowym zadaniem do podjęcia, i staje się częścią dobrego życia na tej ziemi, jeśli tylko zostanie podjęte i przeżyte w dobry sposób.
Ten promienny blask był uderzający już w najdrobniejszych szczegółach życia Stanisława. W jego dziecięcej radości z najmniejszych rzeczy: kamyczka, konwalii, czerwonego kubka, szklanego koguta, drobnej niespodzianki; nieczęsto się zdarza, by ktoś przechował tak świeży dziecięcy zachwyt. W jego żartach i psikusach, improwizowanych wierszykach i piosenkach, osobliwych terminach wymyślanych na określenie codziennie używanych sprzętów; miał w tym wyjątkową inwencję. W jego staranności o każdy szczegół rzeczy, które miały być piękne i dobrze działać, poczynając od układu wazoników na półce, aż po aranżację jego wystaw. W jego miłości i czci dla rodziców – aż do końca do mamy, która go przeżyła – i cudownych wspomnieniach z dzieciństwa. W jego stałej dbałości o najmniejsze nawet oznaki przyjaźni i troskliwej pamięci (zwłaszcza wobec tych, którzy się źle mają), poczynając od sygnałów wielokrotnie wysyłanych i odbieranych telefonem komórkowym. W jego anielskiej cierpliwości, niezłomności, wielkoduszności i męstwie.
***
Ostatecznym źródłem takiego blasku, siły, która pozwala dobrze podjąć doświadczenie cierpienia i bólu, jest Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, Jego męka, śmierć i chwalebne zmartwychwstanie. Jak powiada papież Jan Paweł II w liście o chrześcijańskim sensie ludzkiego cierpienia: „słabości wszelkich cierpień człowieka może przeniknąć ta sama Boża moc, która objawiła się w Krzyżu Chrystusa” (Salvifici doloris, 23). O cierpiących zaś, którzy łączą swe cierpienia z Męką Pańską, papież powiada: „Uczestnicy cierpień Chrystusa przechowują w swoich własnych cierpieniach najszczególniejszą cząstkę nieskończonego skarbu Odkupienia świata i tym skarbem mogą dzielić się z innymi” (tamże, 27). Cierpienia ich bowiem ujawniają chlubę krzyża, czyli ową „chwałę, która zawiera się w samym cierpieniu Chrystusa, i która wielokrotnie odzwierciedliła się i odzwierciedla w cierpieniu człowieka” (tamże, 22). Dlatego właśnie Stanisław, jako katolik, wierzył całej nauce Kościoła, spędzał długie godziny na codziennej modlitwie, uczestniczył we Mszy Świętej, spowiadał się, przyjmował Eucharystię i adorował Boga obecnego w Najświętszym Sakramencie. Z tego właśnie źródła świadomie czerpał siły do codziennych zmagań, do podejmowania ciągle na nowo swego wielkiego zadania; dzięki tym siłom mogliśmy nieustannie zaznawać, że powyższe słowa o cierpieniu nie są tylko słowami.
***
„Skoro więc uczestnicy cierpień Chrystusa przechowują w swoich własnych cierpieniach najszczególniejszą cząstkę nieskończonego skarbu Odkupienia świata i tym skarbem mogą dzielić się z innymi” (Jan Paweł II, Salvifici doloris, 27), człowiek cierpiący „nie tylko jest pożyteczny dla drugich, ale, co więcej – spełnia służbę niczym niezastąpioną” (tamże, 27). Dlatego właśnie każdy udział, jaki możemy mieć w takich zmaganiach człowieka cierpiącego, jest dla nas nieocenionym zaszczytem i niezasłużonym dobrodziejstwem – nawet jeśli polega na czymś takim, jak otarcie twarzy Chrystusa przez św. Weronikę. Taki udział daje choćby pomoc w najprostszych codziennych czynnościach. Jej cel jest zwykle prosty: choć niewielka ulga w bólu, jakieś drobne udogodnienie, spacer, rozmowa; czasami jego osiągnięcie w konkretnej sytuacji wymaga nadspodziewanie wiele wysiłku, a w związku z tym cierpliwości i wytrwałości. Jeśli tylko na początek zgodzimy się podjąć taki trud, uczymy się kochać i wchodzimy w ten blask, który pochodzi od Krzyża. Odkrywamy też, że cierpienie nie jest ciasnym i ślepym zaułkiem, ale bramą do jasnej i obfitującej we wszelakie bogactwa krainy, którą wspólnie przemierza się, dzięki Bogu, latami. Jest także podstawą wspólnoty, która swe właściwe dopełnienie ma w niebie. Obyśmy tam ze Stanisławem się spotkali!
Sztukę da się wprawdzie rozważać niezależnie od życia jej twórcy, w którym miała swoje właściwe miejsce. A jednak jeśli tylko chcemy z jej autorem się przyjaźnić, tutaj i w niebie – a przecież chcemy – musimy wspólnie zajmować się tym, co w jego i naszym życiu najważniejsze. Najważniejsze zaś jest to, co pozwala nam nie uciekać przed cierpieniem własnym i cudzym, ale właśnie w cierpieniu z całą odpowiedzialnością powtarzać słowa wielkanocnego psalmu: „Nie umrę, ale żył będę i głosił dzieła Pana” (Ps.118,17).